reklama
Kultura

Egzekucję zbrodniarki z Lęborka 75 lat temu oglądały tłumy

Egzekucję zbrodniarki z Lęborka 75 lat temu oglądały tłumy

Ewa Paradies to jedna z najmroczniejszych postaci dawnego Lęborka (Lauenburga). Zbrodniarka wojenna, powieszona została podczas największej publicznej egzekucji w powojennej Polsce, 4 lipca 1946 roku. Od tego czasu minęło dokładnie 75 lat.

Ewa Paradies urodziła się 17 grudnia 1920 roku w Lęborku i mieszkała ze swoimi rodzicami przy ulicy Neuendorferstrasse 100 (obecnie Kossaka). Była ewangeliczką. Szkołę ukończyła w roku 1935, potem pracowała w Wuppertalu, Erfurcie (jako konduktorka w tramwajach) i w Lęborku. Nie była zamężna. Pod koniec II Wojny Światowej od sierpnia 1944 przechodziła przeszkolenie na SS-Aufseherin w obozie koncentracyjnym SK-III Stutthof. W październiku 1944 skierowano ją do podobozu Bromberg-Ost, a od stycznia 1945 z powrotem do SK-III Stutthof. W kwietniu 1945 pilnowała więźniów obozu podczas ich ewakuacji do podobozu Lauenburg (wielu z nich zabiła). Według świadków w KZ Stutthof Ewa Paradies często polewała zimną wodą nagie kobiety, które musiały stać na śniegu. Pod koniec wojny uciekła, jednak została rozpoznana i zatrzymana przez polskich żołnierzy.

reklama

Stanęła przed sądem podczas pierwszego procesu załogi Stutthofu (od 25 kwietnia do 1 czerwca 1946). 31 maja 1946 została skazana na śmierć przez powieszenie. Wyrok publicznie wykonano 4 lipca 1946 o godz. 17 na górze Stolzenberg na Chełmie w Gdańsku, jako ostatnia z grupy skazanych. Wraz z nią stracone zostały m.in. Elisabeth Becker, Gerda Steinhoff, Wanda Klaff i Jenny-Wanda Barkmann.

Publicznej egzekucji przyglądało się ok. 200 tysięcy osób. Termin i miejsce egzekucji zostały podane publicznie dwa dni wcześniej w prasie i radiu. Tego dnia dawny Stolzenberg, zwany później Wysoką Górą, przeżył prawdziwe oblężenie. 4 lipca było bardzo ciepło, świeciło słońce. Zakłady pracy ogłosiły dzień wolny i zapewniały pracownikom transport na miejsce kaźni. Na egzekucję mogli przyjść wszyscy. W efekcie gapiów było tak wielu, że nie mieścili się na placu przy ul. Pohulanka, gdzie ustawiono szubienice. Na miejscu egzekucji panowała iście festynowa atmosfera. Sprzedawano watę cukrową, rozdawano dzieciom baloniki. Na widowisko przyjść mógł każdy, dzięki czemu na wzgórzu zjawiło się około 200 tysięcy ludzi (Gdańsk liczył wtedy ok. 118 tysięcy mieszkańców) także z bliższej i dalszej okolicy. Dziś w miejscu nie istniejącego już placu biegnie trzypasmowa jezdnia ze śródmieścia w kierunku Chełma. Siły bezpieczeństwa obawiały się, że w każdej chwili może dojść do linczu. Milicja i wojsko i tak z trudem panowały nad ogromnym tłumem.

Ciężarówki ze skazańcami wyjechały z aresztu przy ul. Kurkowej, przejazd ulicami Strzelecką i Pohulanką zajął kolumnie kilkanaście minut. Punktualnie o godz. 17, jedenaście ciężarówek zajechało pod ustawione już szubienice. Na platformie każdej z nich siedział na wysokim, drewnianym stołku jeden skazaniec – sześciu mężczyzn i pięć kobiet. Pętle na szyje zakładali im ubrani w pasiaki byli więźniowie ze Stutthofu. Dawne ofiary zamieniły się w katów. Według relacji dziennikarza „Przekroju” wszyscy kaci „zgłosili się ochotniczo i mimo, że przysługiwało im prawo wystąpienia w maskach, nie skorzystali z niego uważając, że przejścia w obozach wystarczająco uzasadniają ich udział w egzekucji”. Wyrok śmierci w językach polskim i niemieckim odczytał prokurator. Następnie na sygnał do skazanych podszedł duchowny, zamieniając z nimi ostatnie słowo i dając błogosławieństwo. Organizatorzy egzekucji mieli problem ze znalezieniem ewangelickiego kapłana. Znalezienie księdza katolickiego nie nastręczało większych trudności. Polski pastor odmówił, uzasadniając, że nie jest w stanie wykonać tej posługi w imię boga, ponieważ „czuje żal do tych osób i dlatego posługa byłaby sztuczna”. Na posługę zgodził się natomiast odszukany w Sopocie ukrywający się niemiecki pastor. Świadkowie podają, że skazani zachowywali się spokojnie, opuściła ich buta, byli zrezygnowani, półprzytomni, sparaliżowani strachem.
Kaci ubrani w obozowe pasiaki na znak dany przez prokuratora równocześnie założyli stryczki na szyje skazanych. Następnie samochody ruszyły z miejsca powodując zaciśnięcie się pętli. Wszystkie, oprócz jednej. Gdy kilka razy kierowcy nie udało się zapalić silnika, więźniarka z obozu zepchnęła z platformy skazaną. Tłum zafalował. „Za naszych mężów, za nasze dzieci” – krzyczeli ludzie.

Według relacji świadków jeden ze skazanych wisiał żywy na szubienicy przez prawie 20 minut. Zaawansowany nowotwór krtani uniemożliwiał pętli przerwanie rdzenia kręgowego. Zgromadzeni ludzie mieli wołać, by skrócić cierpienie powieszonego. Nadzorujący egzekucję kazali jednak czekać, aż mężczyzna umrze. Kiedy umarł ostatni skazany, siły porządkowe dopuściły do szubienic tłum. Ludzie wyrywali guziki, odcinali kawałki materiału, kopali i tłuki zwłoki. Zgromadzonych odgoniono i zdjęto ciała z szubienic. Kierownictwo więzienia odpowiedzialne za egzekucje wykluczyło pochowanie zwłok na cmentarzu co stwarzało groźbę zbeszczeszczenia zwłok ze strony tłumów. Zwłoki zabrał je Zakład Anatomii i Neurobiologii Akademii Medycznej w Gdańsku. Posłużyły jako pomoc naukowa na zajęciach z anatomii.

Komentarze