Lębork24

Wiadomości > Wydarzenia > Znalezienie bezpańskiego psa...

Znalezienie bezpańskiego psa w praktyce - moja historia

wyświetlony 818 razy
Change text size Save as PDF RSS

Cała historia rozpoczęła się w niedzielę 26.05 około godziny 17, kiedy to zauważyłam psa przy drodze, jadąc z rodzicami z Lęborka w stronę Główczyc. Nie zatrzymaliśmy się, podobnie jak inni jadący przed czy za nami. Cały czas czułam, że pies musiał zostać porzucony bądź się zgubił, dlatego po około 2 godzinach razem z tatą postanowiliśmy wrócić w tamto miejsce. Zabrałam z domu smycz, koc i wodę. Psa nie było, ale dla pewności wjechaliśmy w leśną drogę i przejechaniu około kilometra zauważyliśmy go. Gdy wyszłam z samochodu podbiegł do mnie, był przyjazny, miał również obrożę - niestety bez adresówki. Był to młody psiak, niewykastrowany, wyglądał na zadbanego, ale w okolicy szyi miał kilka kleszczy, dużo kleszczy po prostu chodziło po nim.

Od razu sprawdziłam co zrobić w takiej sytuacji. Zgodnie z tym zadzwoniłam do gabinetu weterynaryjnego A. T. Wierzbiccy w Lęborku, który to ma umowę z gminą, a przez to i obowiązek udzielić pomocy w przypadku znalezienia porzuconego psa. Niestety otrzymałam tylko informację, że weterynarz znajduje się obecnie w Norwegii. Wtedy zadzwoniłam do kliniki weterynaryjnej ARS Vet. Tam jednak odesłano mnie do gabinetu A. T. Wierzbiccy, ale po wyjaśnieniu, że nikogo tam nie ma otrzymałam numer do innego weterynarza, który również ma podpisaną umowę z gminą. Jak się można spodziewać, tam również nikogo nie zastałam. Zadzwoniłam ponownie do ARS Vet. Przez telefon usłyszałam, że zapraszają mnie na prywatną wizytę, w pełni płatną. Poradzili także skontaktować się z policją. Tak też zrobiliśmy - była już prawie 1 w nocy. Dyżurujący policjant niewiele pomógł. Polecił jedynie skontaktować się z gabinetem weterynaryjnym, który ma podpisaną umowę z gminą. Dopiero po wyjaśnieniu, że tam pomocy z wiadomych względów nie uzyskamy, zadzwonił do schroniska dla psów w Małoszycach. Nikt nie odbierał telefonu, więc mieliśmy do wyboru albo w ciemno tam jechać albo zabrać psa do domu. Wybraliśmy drugą opcję.

Pies niestety nie był spokojny w samochodzie, chodziło też po nim sporo kleszczy. Zatrzymaliśmy się więc w miejscowości Redkowice, aby wytrzepać koc, na którym pies siedział, oraz aby biedak trochę się przewietrzył. I wtedy usłyszałam głos kobiety z okna okolicznego budynku. Nie usłyszałam dokładnie, co krzyczała, ale zapewniłam ją, że nic złego nie robię i po krótce wyjaśniłam sytuację. I w tamtym momencie poczułam się jak na planie Trudnych Spraw, czy innego paradokumentu. Kobieta stwierdziła, że wyrzucam tego psa przed jej domem, krzyczała, groziła wezwaniem policji (z której z resztą właśnie wracaliśmy). Po chwili z domu wyszedł mężczyzna, również groził policją i spisał numer rejestracyjny naszego samochodu. Kobieta również wyszła z domu ciągle krzycząc i bezpodstawnie oskarżając nas o popełnianie przestępstwa. Po chwili z dumą dodała, że jest radną. Wyjaśniłam jej sytuację, więc zamiast krzyczeć i oskarżać powinna zainteresować się sprawą i wyrazić chęć pomocy. Mówiłam, że pies został znaleziony w okolicy. Dlaczego nie zaproponowała, że zorientuje się, czy wśród okolicznych mieszkańców komuś nie zaginął pies i w razie czego skontaktuje się ze mną? Jako osoba o wysokiej pozycji społecznej powinna aktywnie działać na rzecz społeczności. Niestety, potrafiła tylko krzyczeć i mnie obrażać.

Nie wiedząc co dalej robić następnego dnia z samego rana skontaktowałam się z OTOZ Animals w Słupsku. W końcu poczułam, że ktoś szczerze zainteresował się sprawą i naprawdę chce pomóc. Postanowiłam zostać domem tymczasowym dla znalezionego psiaka, a organizacja zadeklarowała pomoc przy budowie kojca. Umówili też wizytę u lekarza weterynarii. Przewieźliśmy więc psa do gabinetu weterynaryjnego w Słupsku. Okazało się, że pies ma chip. Sprawdzenie tego zajęło może kilkanaście sekund. Czy tak prostej rzeczy nie mógł wykonać żaden gabinet w Lęborku? Chyba pieniądze są jednak ważniejsze.. Chip na szczęście był zarejestrowany w bazie danych, jednak numer telefonu do właściciela nie był aktualny. Sprawa stanęła w miejscu, ponieważ mimo tego, że adres był znany, to przez ochronę danych nie można było mi go przekazać. Ludzie z bazy danych musieliby przysłać pismo do właścicieli, co potrwałoby około 2 tygodni. A co z psem? To już nie ich problem. Po ponownym skontaktowaniu się z OTOZ Animals postanowiliśmy pojechać do straży miejskiej w Słupsku. Mimo niechętnego podejścia do sprawy wszystko bez problemu udało się załatwić, ustalono adres właścicieli i pies bezpiecznie wrócił do swojego domu.

Dzielę się tą historią, ponieważ doskonale pokazuje ona podejście organów, które mają obowiązek udzielić pomocy w przypadku znalezienia psa. Obrazuje to działanie ustawy o ochronie zwierząt w praktyce - żadnych konkretów i wzajemne przerzucanie odpowiedzialności. Rozumiem, że dla niektórych to ‘’tylko’’ pies, ale dlaczego system, który miał działaś nie działa? Dlaczego lekarze weterynarii współpracując z gminą, biorąc odpowiedzialność za znalezione zwierzęta i dostając za to pieniądze nie wypełniają swoich obowiązków? Dlaczego radni, których przecież sami wybieramy, nie przejawiają ani trochę empatii i nie potrafią wykazać się inicjatywą i chęcią pomocy innym? Dobrze, że można jeszcze znaleźć na tym świecie ludzi, którzy szczerze chcą pomóc. Całą sprawę można było dużo szybciej rozwiązać, gdyby tylko ci, którzy powinni pomóc, zrobili to, co do nich należy. Na własnej skórze przekonałam się, że takie organizacje jak OTOZ Animals robią bardzo dużo, bo to głównie dzięki nim pies odnalazł właścicieli. To oni dali mi wsparcie i wykazali się ogromną empatią. To też przestroga dla właścicieli, aby kastrować i chipować swoje psiaki i dbać o to, by dane w bazie były aktualne.

Dorota Ch.

11 komentarzy:
karo pisze:
15:03 10.06.2019 r.

wielki szacun dla tych, którzy udzielili SKUTECZNEJ pomocy; reszta - szkoda słów; takie sytuacji trzeba rzeczywiście nagłaśniać - może wtedy zmieni się podejście do zwierząt

Ewa pisze:
16:51 10.06.2019 r.

Dziewczyna super się zachowała. Naprawdę podziwiam, że chciało się jej poświęcać swój czas aby dowiedzieć się czyj to pies. Brawo!!

Bogusia pisze:
17:55 10.06.2019 r.

No cóż, wypada tylko napisać BRAWO WY !

Znamtemat pisze:
21:30 10.06.2019 r.

Probleme jest to ze ustawa narzucila na gminy obowiazek zawierania umow ze schroniskiem i weterynarzem, a ww. nie zawsze chca takie umowy podpisywac i robia to z przymusu. Weterynarze maja duzo pracy nie tylko w gabinetach ale czesto jezdza do np. Rolnikow. Zaden weterynarzy w naszej okolicy nie prowadzi calodobowej praktyki. Gmina musi miec takie umowy ale najblizszy gabinet calodobowy jest w slupsku lub trojmiescie a tamte placowki nie sa zainteresowane umowami z jakas gmina z powiatu leborskiego. Wiec taka gmina co ma zrobic? Albo ublaga i uprosi o umowe miejscowego weterynarza ktory z oczywistych wzgledow nie zapewni obslugi zwierzat w kazdej porze bo ma urlop, wyjazd, jest w terenie albo inna sytuacja. Podobnie ma sie sprawa ze schroniskami. Nasze najblizsze nie z kazdym chce podpisac umowe, wiec co ma gmina zrobic? Zmusic kogos do umowy, jal malo kto chce taka podpisac? Miejskie schroniska sa przepelnione i nie chca podpisywac umowy z gminami. Dzieki Bogu za OTOZ. I dobrych ludzi co z wlasnej woli pomoga zwierzeta. Jeszcze jest problem zwierzat dzikich... Tez temat rzeka.

IWON pisze:
08:28 11.06.2019 r.

mozna tylko powiedziec BRAWO

Monika pisze:
13:39 11.06.2019 r.

Bardzo fajnie, że ktoś poruszył taki temat i w końcu coś ciekawego i życiowego można przeczytać na tym portalu. Oczywiście wielkie BRAWO dla Ciebie dziewczyno!
Ja przy okazji chciałabym również napisać o gabinecie A. T. Wierzbiccy - to chyba weterynarze pracujący za karę! Kiedyś w niedzielę mój pies potrzebował pilnej pomocy, prawie zdychał mi na rękach, zadzwoniłam do tego gabinetu bo wyczytałam, że jako JEDYNI w Lęborku przyjmują w nagłych przypadkach nawet w niedzielę to usłyszałam od pana weterynarza, że:" urodziło mu się dziecko i ma lepsze rzeczy do roboty w niedzielę i mam sobie dzwonić gdzieś indziej." - profesjonalne podejście. W tamtej chwili pożałowałam, że nie nagrywałam rozmowy i nie zgłosiłam sprawy dalej.

Rajmund pisze:
14:14 11.06.2019 r.

Zesrała się bieda i płacze

Gość pisze:
14:23 11.06.2019 r.

Dajcie spokój. Prawda jest taka że jak znajdziesz porzuconego psa to musisz udowodnić że to nie twój. Spotkałam się z taką sytuacją. Zajechałem ze znalezionym psem do schroniska a co do mnie że mam udowodnić że to nie mój bo oni nie wezmą psa który ma właściciela. Ze to problem właściciela a oni biorą tylko gdy muszą. Żałosne.

Ania pisze:
14:51 11.06.2019 r.

Wielkie serce i determinacja! podziwiam.
"Gratuluję" też Redkowicom Pani RADNEJ :-(

J.M. pisze:
06:43 12.06.2019 r.

Niestety opisany powyżej przypadek nie jest wyjątkowy , tak to wyglada , jeżeli mamy „pecha” i znajdziemy porzuconego lub rannego zwierzaka z reguły zostaje nam tylko albo odwrócić wzrok albo ratować za swoje pieniądze .Nie tak powinno to wyglądać . Procedura jest taka , ze dzwonimy na Straż miejską lub Policję którzy mają obowiązek zadzwonić do schroniska które MUSI udzielić pomocy gdyż za to właśnie dostaje pieniądze , jeżeli w tym czasie nie ma lekarza z którymi podpisali umowę to oni powinni znaleźć kogoś kto w zastępstwie ranne zwierzę przyjmie .Metoda na to aby nie odbierać telefony jest skuteczna , szkoda tylko , że cierpią zwierzaki .Są osoby które gdy nie otrzymają w takiej sytuacji pomocy dalej będą działać we własnych zakresie , część jednak przerażona kosztami które będzie musiała ponieść zwyczajnie zwierzaka potrzebującego pomocy zostawi .

Julka pisze:
14:07 12.06.2019 r.

Szacun dla dziwwczyny ,ale trzeba powiedzieć sobie wprost ,że z ludźmi lekarze nie postępuja wcale inaczej. Znieczulica jest nie tylko do zwierząt.Chory kraj i żle nawyki wypaczyły ludzkie umyśly.


strony www Lębork
Polityką plików cookies. UWAGA: Jesteś świadkiem jakiegoś zdarzenia? Chcesz ostrzec lub poinformować innych o tym co się dzieje? Pisz reporter@lebork24.info, dzwoń: 607-797-602 lub skontaktuj się z nami przez profil facebook https://www.facebook.com/Lebork24